Henry Welch : Przyjazd na miejsce zesłania i pierwsze wrażenia

 

W Kotłasie zaskoczyły mnie białe noce. Dotarliśmy tam w lipcu. Ledwo co zdążyło się ściemnić i nagle robiło się widno.
Najgorsze były olbrzymie komary. Mój wujek, który nigdy nie palił teraz wziął się za palenie w nadziei, że dym odpędzi komary, ale to nic nie dało!
Nikt nie próbował uciekać, bo nie było dokąd.
Tu gdzie pociąg się zatrzymał, z jednej strony były lasy, a z drugiej wartka rzeka, i znów lasy, wszędzie dookoła lasy. Nawet nie było mowy marzyć o ucieczce.
Wszystko to było straszne, ludzie załamali się psychicznie, siedzieli sparaliżowani strachem.
Nawet dzieci zrozumiały, że nie można płakać.
Wzdłuż brzegów rzeki było tysiące ludzi. Ale panowała kompletna cisza. Każdy z nas był ogarnięty niepokojem.

Ten plik multimedialny wymaga zainstalowania Macromedia Flash Player.

Henry Welch w Rzymie, 19 maja 2009 r.
© CERCEC & RFI